
Troy
Phelan jest starym, samotnym i ogromnie bogatym człowiekiem, którego rodzina
interesuje się wyłącznie jego majątkiem. Majątkiem, który nie miał sobie
równych, ponieważ Troy jest prawdopodobnie najbogatszą osobą na świecie. Jego
firma, wszystkie przedsiębiorstwa i akcje warte były ponad 11 miliardów
dolarów. Jednak teraz te pieniądze nie robiły na nim dużego wrażenia; nie ma
rzeczy, którą chciałby zrobić jeszcze przed śmiercią. Był trzykrotnie żonaty i
w sumie miał sześcioro dzieci. Nie potrafił jednak ich kochać, ponieważ im
wszystkim zależało wyłącznie ja jego pieniądzach.
Troy
nie widzi sensu swojego dalszego życia, podpisuje testament i wyskakuje przez
okno. Żony i dzieci nie płaczą nad jego losem – w końcu dostaną to, na co od
dawna czekali. Tylko, czy na pewno będzie tak kolorowo jak sobie to wyobrażają?
Nikt nawet nie przepuszczał, że Troy mógł mieć jeszcze jedną nieślubną córkę,
która mogłaby zgarnąć cały ich majątek…
Gdy
zabierałam się za lekturę tej książki, nie byłam do niej jakoś szczególnie
przekonana. Tylko powierzchownie słyszałam o jej autorze, więc można
powiedzieć, że John Grisham był mi zupełnie obcy. Podobno jest mistrzem
thrillerów – tak przeczytałam na okładce – ale „Testamentu” nie można zaliczyć
do tego gatunku. Powiedziałabym, że „Testament” to pomieszanie literatury
popularnej, współczesnej z literaturą przygodową, podróżniczą, z odrobiną
kryminału – taki miszmasz powieści detektywistycznej (jak przeczytałam w Wikipedii).
W każdym razie – powieść Grisaham’a jest idealna dla fanów zagadek, poszukiwań
i wielu niejasności.
„Testament”
to książka, która potrafi niesamowicie wciągnąć. Z każdym kolejnym rozdziałem,
czytelnik jest coraz bardziej ciekawy rozwiązania wielu tajemnic: kim jest nieślubna
córka Troya, czy uda się ją odnaleźć, czy pozostałe dzieci miliardera dostaną
„należne” pieniądze,…? Tych pytań pewnie można by wymyślić jeszcze wiele, a z
każdym kolejnym czytelnik chce jeszcze szybciej dowiedzieć się prawdy. W moim
przypadku to sprawiło, że drugą połowę książki przeczytałam w ciągu jednego
dnia. Piszę drugą, ponieważ pierwsza połowa jest dość „prawnicza” – cała akcja
toczy się wokół testamentu i wokół tego, kto, ile odziedziczy. Co prawda, w
drugiej połowie również większość fabuły kręci się wokół sali sądowej, ale
jakoś już jest to wszystko bardziej ciekawe.
Już
polubiłam „głównych” bohaterów, liczyłam na jakiś happy end (chociaż nie
potrafiłam sobie go wyobrazić), a tu znowu to samo… Trafiłam na kolejną
książkę, której zakończenie znowu zbiło mnie z tropu. Chyba nigdy nie zrozumiem
tych autorów bestsellerów. Ale oczywiście zakończenia nie zdradzę, mogę tylko
zapewnić, że po mojej recenzji nikt takiego zakończenia nie będzie się
spodziewać. No, cóż… powieść Grishama jest po prostu bardzo dobra i moim
zdaniem warto ją znać (albo chociaż warto znać twórczość tego autora, bo
podobno jest dobry, nie wiem, przede mną jeszcze „Raport Pelikana”).
Znacie
powieści Johna Grishama? Co myślicie o tym autorze?
Czekam na Wasze komentarze,
Sia
Kolejny raz Grisham mi się przed oczami przeplata. To może w końcu czas zapoznać się z jego twórczością, bo bardzo dużo osób poleca jego książki.
OdpowiedzUsuńAle kiedy znaleźć na to wszystko czas jak tyle cudownych książek jest. :)
Bardzo podoba mi się fabuła tej książki :) Dopisuję ją do listy książek do przeczytania :)
OdpowiedzUsuń